poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Dzień pełen wody


Dzisiejszy dzień rozpoczął się pięknie ale to była tylko ściema - szybko napłynęły chmury i zaczęło padać. Jednak rano nasze plany były ciągle świetlane - po spotkaniu z naszą indonezyjską opiekunką Ibu (czyli Pani) Leani mieliśmy zamiar naszą złotą trójką pojechać do parku wodnego zwanego Jungle.

Poranne zebranie całej grupy zostało zaplanowane już wczoraj - dziś Ibu chciała podzielić się z nami kilkoma kwestiami organizacyjnymi: Wszystkie sprawy w urzędzie imigracyjnym załatwia za nas uczelnia, w razie jakichkolwiek problemów - dzwonić, w razie dłuższego wyjazdu - dzwonić i po powrocie też dzwonić :) Pierwszy miesiąc mamy koniecznie spędzić w miejscu z którego uciekłam (kwestia konieczności zapłaty za zakwaterowanie). Około 21 września zabierze nas wszystkich na dwudniową wyprawę na plantację kauczuku i na plażę na południu wyspy. Ogólnie było o tym, że Darmasiswa odbywa się tutaj któryś rok z rzędu i nie jest już to dla nich nic nowego (w znaczeniu są przygotowani na wszystko i wiedzą czego potrzebujemy). Dobrze to wiedzieć. Podobno nikt z wcześniejszych studentów poważnie nie zachorował wiec są nadzieje, że i u nas wszystko będzie w porządku. Więcej dowiemy się podczas czwartkowego spotkania gdy będziemy już w komplecie - nasza grupa ma liczyć w sumie 14 osób.

Po naradzie wyruszyliśmy w drogę - jakieś 20 min motorem. Mieliśmy dziś dwie maszyny - drugą pożyczoną od taty Suhaila.



Sam park wodny był fajny ale jak na tutejsze warunki mocno komercyjny i pustawy ze względu na Ramadan. Ludzie tu kąpią się w ubraniach więc swoim strojem kąpielowym wzbudzałam niemałe zainteresowanie wśród licznych "ratowników". Ale mnie wolno, jestem w końcu bule ;) To miejsce jest dobrą rozrywką raczej dla dzieci niż dla dorosłych ale z braku plaży dobra i taka woda. W trakcie zaczęło padać więc wymoczyliśmy się, że tak powiem z kretesem - Jungle to kompleks małych basenów, brodzików, rzeczek i zjeżdżalni pod odkrytym niebem.

W drodze powrotnej złapała nas ulewa więc schroniliśmy się przed deszczem w ulicznej mini-restauracji, której specjalnością było sate. Oczywiście wciągnęliśmy z Wiktorem porcyjkę przy okazji :) Było pyszne, mają tu też naprawdę świetną herbatę.





Po powrocie do Bogoru wstąpiliśmy na chwilę do domu Wiktora gdzie zdarzyła nam się pewna przygoda. Piszę o tym bo pytając Suhaila o czym dzisiaj powinnam napisać powiedział, że właśnie o tym :) Otóż wychodząc z domu na mokre kafelki na tarasie (boso - tutaj zdejmuje się buty przed domem) poślizgnęłam się i wywinęłam spektakularnego orła. Suhail widząc to krzyknął głośno - Oh my God! Natomiast ja, lecąc zastanawiałam się co się stało że on krzyczy :)

Jak tylko zrobiło się ciemno pojechaliśmy na kolację - dzisiaj w przytulnej tradycyjnej restauracji, gdzie siedzi się na poduszkach przy niskim stole, z kilkoma przyjaciółmi Suhaila ze szkoły. Nie zabrałam aparatu ze względu na deszcz więc poczekam na zdjęcia, które robili jego znajomi i załączę później. Było przemiło.


W drodze powrotnej spotkaliśmy na ulicy naszych Słowaków - Peter czekał na swój bagaż zagubiony w Turcji. Dobrze, że mamy native speakera gdy dzwoni obsługa lotniska :) Najpóźniej o 23 musimy być w domach, więc nie dowiedzieliśmy się już dzisiaj czy udało mu się go odzyskać.

Ps. Wybraliśmy hymn naszego tutaj pobytu - na co dzień pojawia się często w jednej z reklam. Dla ciekawych języka, którego się tu uczymy i zgodnie z indonezyjskim "Jedność w różnorodności", które z powodzeniem realizujemy :) http://www.youtube.com/watch?v=Hi7DlAB0g6s


Na deser:
kilka fotek naszego kampusu




jeden z meczetów w Bogorze


a na trawniku, tak po prostu, rośnie sobie mimoza :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz