wtorek, 24 stycznia 2012

Indonezja ma to do siebie...

... że chce się, marzy, pragnie i w końcu po prostu musi się tam wracać. Ciąg dalszy przygody, niespodzianki i zaktualizowany stan rzeczy już wkrótce :) Jak mawiają kreatywni poeci - JEST RADOŚĆ

piątek, 24 grudnia 2010

Selamat Hari Natal!

Kochani,

najserdeczniejsze zyczenia Swiateczne - duzo Milosci i Radosci przy Wigilijnym stole.



Wlasnie lecimy w darmasiswowym gronie zjadac nasi goreng pod ciagle slonecznym niebem :) Wlasciwe swieta rozpoczna sie tu jutro.



A to nasze wieczorne, domowe wyglupy pod choinka :)



A w wolnych chwilach kleilam sobie takie cuda ;)


niedziela, 19 grudnia 2010

Nasza przedswiateczna codziennosc

Przyjaciele zglaszaja martwice bloga czas wiec chyba cos napisac :)
Przyzwyczailam sie juz o zycia tutaj, dni mijaja normalnie, jak zwykle, jak w domu. Nie moge sie nadziwic, ze jest grudzien - to, co widac za oknem sprawia wrazenie, ze czas sie tu zatrzymal w sierpniu.


Z Tamara, Kelu i naszym Madagaskarskim Krolem Julianem ;) ktory ostatnio gotowal swoja lokalna potrawe, ktora to z kolei okazala sie byc po prostu salatka :) Dodalismy wiec chlebek i parowki :)


Tak wyglada poranek z tylu domu - pranie sie suszy a sniadanie palaszuje :)



W muzulmanskim kraju przygotowania do Swiat wygladaja dziwnie - tuz po obchodach Nowego, 1432 Roku w sklepach pojawily sie Mikolaje i renifery. Slychac koledy ("I'm dreaming of a white Christmas" w srodku nigdy nie konczacego sie lata!!) jest wiec dosc zabawnie :) Tutaj nie przygotowuje sie Wigilii ani nie kladzie prezentow po choinke - w tym roku z okazji obecnosci bule w domu te zwyczaje odrobine sie zmienia :)

A na co dzien... to co zwykle :) Zajecia, spotkania z innymi jasnoskorymi, specerowanie po miescie, wyprawy weekendowe blizsze lub dalsze. Razem z domowym kolega Jito odwiedzilismy Jakarte i Muzeum Narodowe - bardzo chcialam zobaczyc czaszke Homo erectus - w koncu czlowieka z Jawy.



Ostatni weekend zas razem z Wiktorem spedzilismy w Puncaku, miejscowosci godzinke drogi od Bogoru na narodowym spotkaniu silatowcow. Bylo zimno (Puncak lezy wlasciwie w gorach, a samo slowo oznacza szczyt, wierzcholek), treningowo-pracowicie i niezwykle milo. Silatowy osrodek naszej szkoly Bangau Putih w tej miejscowosci jest przepiekny.
 

Z kolega Lluisem z Hiszpanii, ktory przyjechal tu na 2 miesiace trenowac
 
 Obiadek z widokiem na "drzewa" bambusowe



Pole bitwy czyli miejsce gdzie trenowalismy. Padalo codziennie, na nas czasem tez :)

Wnetrze osrodka i popisy najlepszych

A wieczorem dyskusja i film tematyczny

Tuz przed wyjazdem - pozegnalne spotkanie z Mistrzem



Rzut oka na Bogor

poniedziałek, 8 listopada 2010

Gamelan

Mój pobyt tutaj upływa... koncertowo! :) Bule potrafią - w zeszłą sobotę zagraliśmy na gamelanie dla kilku tysięcy gości podczas tutejszego absolutorium :)

Wszystko zaczęło się od skrupulatnych przygotowań, potem już tylko muzyka :)










środa, 20 października 2010

Jak w domu

Mój ostatni czas płynie dość leniwie. Rozpoczęły się zajęcia - 3 razy w tygodniu, od poniedziałku do środy uczymy się języka - tylko 1,5 godziny dziennie plus we wtorek i środę tyle samo gamelanu. To prawda, że na uczelni nie da się nauczyć bahasa - poznajemy wersję oficjalną i gramatykę - na co dzień mówi się inaczej, prościej. Zamieszkanie w domu Tenan było wspaniałym pomysłem - tu po prostu muszę gadać na co dzień. Pewnie popełniam jeszcze tysiąc błędów i nie znam masy słownictwa ale coraz więcej rozumiem. Moje wieczorno - nocne pogawędki o życiu z gospodynią stały się już tradycją.
Gamelan za to uwielbiam! Przygotowujemy się właśnie całą grupą do występu przed studentami i ich rodzicami w przyszłym miesiącu.

Jakiś czas temu rodzice Suhaila zaprosili nas wszystkich do swojego domu z okazji zamążpójścia ich przybranej córki. Było przemiłe spotkanie i pyszna wyżerka. Mama Suchego przy tej okazji zafundowała mi dość artystyczny malunek henną na dłoni :) Po spotkaniu wybraliśmy się do arabskiej restauracji na shishę i herbatkę.




Wczoraj byłam z Suhailem na Eat Love Pray - jak dla mnie fantastyczny! Bali pewnie nie wygląda aż tak bajkowo ale da się odczuć klimat. Dokładnie tak jak było powiedziane w filmie - rodzinę można odnaleźć nawet bardzo daleko od domu. Zobaczcie jak wygląda moja tutaj :)

Nasza gospodyni, Tenan, mieszka w wielkim domu, który właściwie stał się akademikiem. Wynajmuje pokoje studentom tutejszym i przyjezdnym. Często pojawiają się tu także jej siostry i inni członkowie rodziny, panie pomagające w domu ze swoimi dziećmi oraz przyjaciele mieszkańców. Każdy jest zawsze mile widziany.
Ja mieszkam w jednym pokoju z Tiwi, na parterze zajmowanym również przez inne dziewczyny. Chłopaki mieszkają na górze i nie wolno nam wchodzić nawzajem do swoich pokoi. Możemy za to siedzieć wszyscy razem na kanapach w salonie lub przed telewizorem. Mam pokój z łazienką (mandi czyli wanienka z - normalne tutaj - zimną wodą i polewaczką zamiast prysznica) i wyżywienie w domu. Pod wielkim koszem na stole zawsze jest coś co można w każdej chwili zjeść - różnorodne warzywa, kurczaki, smażone tempeh lub tofu, ryby, ośmiorniczki z orzeszkami itd. itp. oraz oczywiście garnek ryżu. Pranie robimy sami lub korzystamy z zewnętrznej pralni, gotowanie, prasowanie i sprzątanie to zajęcie pań, które tu pomagają. Sama też czasem udzielam się na żelazku czy coś kroję w kuchni by pożyteczno-integracyjnie spędzić czas. W Indonezji nie jest to popularne, każda bogatsza żona ma pomoc domową :)

Na pierwszym planie Rosti 


Pierwsza z prawej Tenan (nie lubi jak się jej robi zdjęcia), następnie córeczka Gity, Cindy, Wiktor, gościnnie Kelu - nasz przyjaciel z Rumunii, który po swojej Darmasiswie zasiedział się tutaj już 4 lata i mieszkał w tym domu większość czasu, Rita, siostra Tenan, dwie przyjaciółki rodziny, Rosti, pani która tu na co dzień pomaga - wybaczcie, imienia nie pomnę oraz kolejna taka pani, Gita.


oraz ja, Carlas studiujący słownik indonezyjsko-polski i Jito.


Nasz dom styka się jedną ścianą z kampusem, więc do szkoły mamy dokładnie 10 sekund :) A tak wygląda nasza uczelnia od środka


I moje miejsce grania na zajęciach z gamelanu :)


Nasz nauczyciel, Pak Dedi zwany przez nas oczywiście Puff Daddy :) i Tamara z Agatą na "cymbałkach"


Mistrzu dużych garnków


Zuzka z Peterem na lewo a z tyłu przy gongach Igor, którego nie widać.
Bardziej wnikliwi obserwatorzy dostrzegą zapewne nową twarz w naszym zespole - to świeżo przybyły z Madagaskaru "Krój Julian" czyli Dama (to skrót, jego prawdziwego imienia nie sposób wymówić). Po dość trudnej dla niego aklimatyzacji i regularnie powtarzającej się chęci powrotu do ojczyzny ten mówiący wyłącznie po francusku kolega również wkrótce zamieszka w naszym domu.



W ostatnią sobotę wybraliśmy się z naszymi arabskimi przyjaciółmi do oddalonego godzinkę drogi od Bogoru Parku Narodowego obejrzeć jawajskie gibbony, które w końcu nie chciały nam się pokazać i jeden z wodospadów. Nawrzucam więcej fotek później - dodam tylko, że drugie zdjęcie poniżej zostało zatytułowane "piknik pod wiszącą skałą" - pożeraliśmy sobie obiad siedząc nad zawieszonym wysoko nad rzeką konarze :)





O jedzeniu zresztą mogłabym pisać godzinami - takiego bogactwa smaków nie da się opowiedzieć. Pilnie siedzę w kuchni podglądając jak się te cuda gotuje ale niestety nie będę mogła odtworzyć ich w domu - brakuje u nas praktycznie wszystkiego, od podstawowych składników po przyprawy. Przy okazji - rambutany z filmu z Julią Roberts to moje ulubione owoce, a ten wielki "kolczasty" to durian, który niesamowicie śmierdzi ale jest całkiem smaczny - tylko jego konsystencja jest jak na owoc dość trudna - taka raczej kremowa :)

Czy już wspominałam, że wypożyczyliśmy z Wiktorem motor do naszej dyspozycji aż do końca pobytu? :) Ja ujeżdżam sobie tylko lokalnie, małymi uliczkami, do domu naszych przyjaciół czy do Botani, uzbrojona w świeżo zakupiony, elegancki kask. Mój towarzysz natomiast znakomicie opanował całkowicie szalone zasady jazdy w normalnym ulicznym ruchu, za co jestem mu bardzo wdzięczna i częściej z przyjemnością zajmuję tylne siodełko. Nasz zasięg jest wiec niemal nieograniczony - odkryty basen, boisko do piłki, kościół, uliczne restauracje, sklepy i domy naszych przyjaciół oraz sala treningowa Silatu to stałe miejsca, które odwiedzamy. Poniżej zapis fotograficzny tego jak raz złapaliśmy gumę i razem z pomocnym Yashvim czekaliśmy na naprawę kółka. Nie martwcie się, mamy już całkiem nowa dętkę i świeżo scentrowane koło :)




Ostatnią nowością są właśnie treningi Silatu - to indonezyjska sztuka walki. Zapalił nas do tego Kelu, który uczy się go tutaj już kilka lat. Szkoda być w Indonezji i nie spróbować. Trenujemy jako członkowie, razem z Kelu, w prawdziwym klubie, dwa razy w tygodniu po 2,5 godziny. Zaczynamy od porządnej rozgrzewki, potem przewroty w każdą możliwą stronę ;) a na końcu podstawowe kroki, ciosy i ćwiczenia w parach. Silat ćwiczy się na drewnianej podłodze bez żadnych materaców. Można się na początku trochę poobijać ale jest super :D


środa, 13 października 2010

STO LAT!

Kochany Dziadziusiu!


Z okazji Twoich 92 urodzin przesylam Ci najserdeczniejsze zyczenia - niech kolejny rok bedzie szczesliwy, dni sloneczne a zdrowko konskie! Mam nadzieje, ze spelni sie wszystko to, o czym marzysz, a najblizsi beda dostarczac Tobie samych radosci.

Nie zapominaj, ze ten tutaj wyslannik po drugiej stronie swiata bardzo Cie kocha :)


Sto lat!

czwartek, 23 września 2010

Sumatera

Minęły już ponad 2 tygodnie a my ciągle nie możemy rozstać się z Sumatrą :) Wyspa ta jest nieco inna od Jawy co widać głównie obserwując liczbę zaludnienia - tu jest jakby więcej miejsca, jest też może trochę bardziej zielono i górzyście. No i Lake Toba... Ale od początku.

Nasz chiński przyjaciel, Awie zgodził się zabrać nas ze sobą w podróż służbową. Sam wybierał się na Sumatrę w poszukiwaniu nowych terenów plantacyjnych. Zajmuje się tu hodowlą kasawy. Spędziliśmy 4 dni w samochodzie pokonując w sumie ponad 2 tysiące kilometrów. Na początek przeprawiliśmy się promem z Jawy



następnie podróżowaliśmy czarnym pick-upem (chwilami także "na pace" ku radości okolicznych mieszkańców)  zatrzymując się na nocleg w hotelach.





Próbowaliśmy po dodze lokalnych przysmaków, owoców i dużo rozmawialiśmy. Awie świetnie zna angielski, jest z pochodzenia Chińczykiem, urodził się i jako swój dom traktuje jednak Indonezję. Poznaliśmy jego szwagra z rodziną, który mieszka na Sumatrze na wspólnej kolacji, odwiedziliśmy także rodzinę jego indonezyjskiego wspólnika.

Obejrzeliśmy całą Sumatrę zza okna auta a docelowo zaparkowaliśmy u naszych przyjaciół w Medanie.

Wspólna kolacja w chińskiej restauracji Shanghai


Studiują oni na tutejszym uniwersytecie Uni Med i mieszkają w czwórkę w wynajętym domu: Kamil i Michalina z Polski oraz Belen z Argentyny. Brakowało tylko Magi, dziewczyny Kamila, która poleciała w tym czasie do Polski zaliczyć zaległe egzaminy.



Jako że w trakcie naszej wyprawy zakończył się Ramadan, wszyscy Muzułmanie zaczęli obchody z tej okazji zwane Idul Fitri. To uroczyste kolacje, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, wspólne świętowanie przy stole. Mieliśmy niezwykłą przyjemność uczestniczyć w jednej z takich uroczystości w domu rektora Uni Medu na którą zostaliśmy zaproszeni razem z miejscowymi studentami. Tak się składa, że rektor mieszka niedaleko naszego tutejszego domu :)

W Medanie zwiedziliśmy miejscowe muzeum ponownie pełne wypchanych zwierząt, z których większość ustrzelił jego właściciel - Rahmat, jeden z najbogatszych ludzi na Sumatrze. Dziwne to było miejsce - ten pan stworzył je chyba na cześć samego siebie :)

Wiktor tradycyjnie umobilnił nasz dwuosobowy zespół pożyczając motor, mieliśmy więc okazję zobaczyć miasto, kawałek wielkiego kampusu, lotnisko, centrum handlowe i swobodnie wybierać się do sklepu gdy była taka potrzeba. Jednego wieczoru spotkaliśmy się z resztą studiujących tu Daramasiswowców z innych części świata (Laos, Tajlandia, Niemcy, Uzbekistan), wybraliśmy się razem do miasta na kolację a następnie, niczym scenę z Lost in Translation - zaliczyliśmy mały, zamknięty pokoik udzielając się wokalnie w klubie karaoke.

Udało nam się w polsko-argentyńskim komplecie wybrać na wycieczkę nad jedno z największych jezior na świecie - jezioro Toba. Kolejny raz skorzystaliśmy z transportu oferowanego przez Awiego. Następnie już sami spędziliśmy 3 dni na półwyspie pośrodku jeziora zwanym Samosir zwiedzając okoliczne wodospady, przedzierając się przez lasy, opalając się nad wodą i mocząc w jeziorze do upadłego. Jezioro to krater dawnego wulkanu, wyspa zaś to jego zapadnięty wierzchołek.

Przerwa na kąpiel w morzu w drodze do Lake Toba


Przydrożne zwierzęta :)


Jezioro z nieco innej perspektywy





Prom w drodze na Samosirę


Widok na wodospady na zboczach wyspowych górek


I wyprawa by obejrzeć je z bliska








Kilka dni wcześniej tylko z Wiktorem, Awie i jego przyjacielem Rikim pojechaliśmy zobaczyć najbogatszą prowincję Sumatry - Aceh. To taka indonezyjska tradycja - przed przystąpieniem do interesów złożyć kurtuazyjną wizytę - tym razem przedstawicielowi lokalnych władz. Na nasze byłby to pewnie Wojewoda :) Przemiły, 33 letni młody człowiek mieszkający w domu należącym do państwa, w którym może rezydować w trakcie trwania swojego czteroletniego urzędu. Otoczony czymś w rodzaju ochrony i przebywający w towarzystwie doradcy. Poczęstowano nas tam fermentowanym ryżem, który smakował zupełnie jak wisienki w spirytusie :)

Od dawna jest tak, że nie da się opowiedzieć jak tu jest, trzeba to po prostu zobaczyć. Zdjęcia niewiele mówią, a opisy trudno sformułować tak by nie były pejoratywne :) Często widzi się tu dużo brudu, niedbałości, lenistwa, prowizorki i z naszej perspektywy - różnych dziwactw. Ludzie różnią się w zależności od regionu wyglądem, językiem i podejsciem do obcokrajowców. Taka jest właśnie Indonezja - wielokolorowa, pełna sprzeczności. Szkoda, że nie potrafię opisać jej zapachów, smaków, gorąca, wieczornych muzułmańskich śpiewów, oraz swobody i radości które czuję tu co dnia.

Nasza wyprawa przeciągnęła się ostatecznie o prawie tydzień - ostatnie 3 dni dostaliśmy gratis z powodu zbyt drogich biletów lotniczych na wcześniejsze terminy. Jutro pewnie ugotujemy ostatnią z polskich kolacji, wystrzelimy na pożegnanie kilka fajerwerków (to jedno z ulubionych rozrywek tubylców i wcale nie potrzebują do tego Sylwestra ;)) i polecimy do domu by w końcu zrobić to po co tu przyjechaliśmy - rozpocząć naukę :)