czwartek, 23 września 2010

Sumatera

Minęły już ponad 2 tygodnie a my ciągle nie możemy rozstać się z Sumatrą :) Wyspa ta jest nieco inna od Jawy co widać głównie obserwując liczbę zaludnienia - tu jest jakby więcej miejsca, jest też może trochę bardziej zielono i górzyście. No i Lake Toba... Ale od początku.

Nasz chiński przyjaciel, Awie zgodził się zabrać nas ze sobą w podróż służbową. Sam wybierał się na Sumatrę w poszukiwaniu nowych terenów plantacyjnych. Zajmuje się tu hodowlą kasawy. Spędziliśmy 4 dni w samochodzie pokonując w sumie ponad 2 tysiące kilometrów. Na początek przeprawiliśmy się promem z Jawy



następnie podróżowaliśmy czarnym pick-upem (chwilami także "na pace" ku radości okolicznych mieszkańców)  zatrzymując się na nocleg w hotelach.





Próbowaliśmy po dodze lokalnych przysmaków, owoców i dużo rozmawialiśmy. Awie świetnie zna angielski, jest z pochodzenia Chińczykiem, urodził się i jako swój dom traktuje jednak Indonezję. Poznaliśmy jego szwagra z rodziną, który mieszka na Sumatrze na wspólnej kolacji, odwiedziliśmy także rodzinę jego indonezyjskiego wspólnika.

Obejrzeliśmy całą Sumatrę zza okna auta a docelowo zaparkowaliśmy u naszych przyjaciół w Medanie.

Wspólna kolacja w chińskiej restauracji Shanghai


Studiują oni na tutejszym uniwersytecie Uni Med i mieszkają w czwórkę w wynajętym domu: Kamil i Michalina z Polski oraz Belen z Argentyny. Brakowało tylko Magi, dziewczyny Kamila, która poleciała w tym czasie do Polski zaliczyć zaległe egzaminy.



Jako że w trakcie naszej wyprawy zakończył się Ramadan, wszyscy Muzułmanie zaczęli obchody z tej okazji zwane Idul Fitri. To uroczyste kolacje, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, wspólne świętowanie przy stole. Mieliśmy niezwykłą przyjemność uczestniczyć w jednej z takich uroczystości w domu rektora Uni Medu na którą zostaliśmy zaproszeni razem z miejscowymi studentami. Tak się składa, że rektor mieszka niedaleko naszego tutejszego domu :)

W Medanie zwiedziliśmy miejscowe muzeum ponownie pełne wypchanych zwierząt, z których większość ustrzelił jego właściciel - Rahmat, jeden z najbogatszych ludzi na Sumatrze. Dziwne to było miejsce - ten pan stworzył je chyba na cześć samego siebie :)

Wiktor tradycyjnie umobilnił nasz dwuosobowy zespół pożyczając motor, mieliśmy więc okazję zobaczyć miasto, kawałek wielkiego kampusu, lotnisko, centrum handlowe i swobodnie wybierać się do sklepu gdy była taka potrzeba. Jednego wieczoru spotkaliśmy się z resztą studiujących tu Daramasiswowców z innych części świata (Laos, Tajlandia, Niemcy, Uzbekistan), wybraliśmy się razem do miasta na kolację a następnie, niczym scenę z Lost in Translation - zaliczyliśmy mały, zamknięty pokoik udzielając się wokalnie w klubie karaoke.

Udało nam się w polsko-argentyńskim komplecie wybrać na wycieczkę nad jedno z największych jezior na świecie - jezioro Toba. Kolejny raz skorzystaliśmy z transportu oferowanego przez Awiego. Następnie już sami spędziliśmy 3 dni na półwyspie pośrodku jeziora zwanym Samosir zwiedzając okoliczne wodospady, przedzierając się przez lasy, opalając się nad wodą i mocząc w jeziorze do upadłego. Jezioro to krater dawnego wulkanu, wyspa zaś to jego zapadnięty wierzchołek.

Przerwa na kąpiel w morzu w drodze do Lake Toba


Przydrożne zwierzęta :)


Jezioro z nieco innej perspektywy





Prom w drodze na Samosirę


Widok na wodospady na zboczach wyspowych górek


I wyprawa by obejrzeć je z bliska








Kilka dni wcześniej tylko z Wiktorem, Awie i jego przyjacielem Rikim pojechaliśmy zobaczyć najbogatszą prowincję Sumatry - Aceh. To taka indonezyjska tradycja - przed przystąpieniem do interesów złożyć kurtuazyjną wizytę - tym razem przedstawicielowi lokalnych władz. Na nasze byłby to pewnie Wojewoda :) Przemiły, 33 letni młody człowiek mieszkający w domu należącym do państwa, w którym może rezydować w trakcie trwania swojego czteroletniego urzędu. Otoczony czymś w rodzaju ochrony i przebywający w towarzystwie doradcy. Poczęstowano nas tam fermentowanym ryżem, który smakował zupełnie jak wisienki w spirytusie :)

Od dawna jest tak, że nie da się opowiedzieć jak tu jest, trzeba to po prostu zobaczyć. Zdjęcia niewiele mówią, a opisy trudno sformułować tak by nie były pejoratywne :) Często widzi się tu dużo brudu, niedbałości, lenistwa, prowizorki i z naszej perspektywy - różnych dziwactw. Ludzie różnią się w zależności od regionu wyglądem, językiem i podejsciem do obcokrajowców. Taka jest właśnie Indonezja - wielokolorowa, pełna sprzeczności. Szkoda, że nie potrafię opisać jej zapachów, smaków, gorąca, wieczornych muzułmańskich śpiewów, oraz swobody i radości które czuję tu co dnia.

Nasza wyprawa przeciągnęła się ostatecznie o prawie tydzień - ostatnie 3 dni dostaliśmy gratis z powodu zbyt drogich biletów lotniczych na wcześniejsze terminy. Jutro pewnie ugotujemy ostatnią z polskich kolacji, wystrzelimy na pożegnanie kilka fajerwerków (to jedno z ulubionych rozrywek tubylców i wcale nie potrzebują do tego Sylwestra ;)) i polecimy do domu by w końcu zrobić to po co tu przyjechaliśmy - rozpocząć naukę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz