Mój ostatni czas płynie dość leniwie. Rozpoczęły się zajęcia - 3 razy w tygodniu, od poniedziałku do środy uczymy się języka - tylko 1,5 godziny dziennie plus we wtorek i środę tyle samo gamelanu. To prawda, że na uczelni nie da się nauczyć bahasa - poznajemy wersję oficjalną i gramatykę - na co dzień mówi się inaczej, prościej. Zamieszkanie w domu Tenan było wspaniałym pomysłem - tu po prostu muszę gadać na co dzień. Pewnie popełniam jeszcze tysiąc błędów i nie znam masy słownictwa ale coraz więcej rozumiem. Moje wieczorno - nocne pogawędki o życiu z gospodynią stały się już tradycją.
Gamelan za to uwielbiam! Przygotowujemy się właśnie całą grupą do występu przed studentami i ich rodzicami w przyszłym miesiącu.
Jakiś czas temu rodzice Suhaila zaprosili nas wszystkich do swojego domu z okazji zamążpójścia ich przybranej córki. Było przemiłe spotkanie i pyszna wyżerka. Mama Suchego przy tej okazji zafundowała mi dość artystyczny malunek henną na dłoni :) Po spotkaniu wybraliśmy się do arabskiej restauracji na shishę i herbatkę.
Wczoraj byłam z Suhailem na Eat Love Pray - jak dla mnie fantastyczny! Bali pewnie nie wygląda aż tak bajkowo ale da się odczuć klimat. Dokładnie tak jak było powiedziane w filmie - rodzinę można odnaleźć nawet bardzo daleko od domu. Zobaczcie jak wygląda moja tutaj :)
Nasza gospodyni, Tenan, mieszka w wielkim domu, który właściwie stał się akademikiem. Wynajmuje pokoje studentom tutejszym i przyjezdnym. Często pojawiają się tu także jej siostry i inni członkowie rodziny, panie pomagające w domu ze swoimi dziećmi oraz przyjaciele mieszkańców. Każdy jest zawsze mile widziany.
Ja mieszkam w jednym pokoju z Tiwi, na parterze zajmowanym również przez inne dziewczyny. Chłopaki mieszkają na górze i nie wolno nam wchodzić nawzajem do swoich pokoi. Możemy za to siedzieć wszyscy razem na kanapach w salonie lub przed telewizorem. Mam pokój z łazienką (mandi czyli wanienka z - normalne tutaj - zimną wodą i polewaczką zamiast prysznica) i wyżywienie w domu. Pod wielkim koszem na stole zawsze jest coś co można w każdej chwili zjeść - różnorodne warzywa, kurczaki, smażone tempeh lub tofu, ryby, ośmiorniczki z orzeszkami itd. itp. oraz oczywiście garnek ryżu. Pranie robimy sami lub korzystamy z zewnętrznej pralni, gotowanie, prasowanie i sprzątanie to zajęcie pań, które tu pomagają. Sama też czasem udzielam się na żelazku czy coś kroję w kuchni by pożyteczno-integracyjnie spędzić czas. W Indonezji nie jest to popularne, każda bogatsza żona ma pomoc domową :)
Na pierwszym planie Rosti
Pierwsza z prawej Tenan (nie lubi jak się jej robi zdjęcia), następnie córeczka Gity, Cindy, Wiktor, gościnnie Kelu - nasz przyjaciel z Rumunii, który po swojej Darmasiswie zasiedział się tutaj już 4 lata i mieszkał w tym domu większość czasu, Rita, siostra Tenan, dwie przyjaciółki rodziny, Rosti, pani która tu na co dzień pomaga - wybaczcie, imienia nie pomnę oraz kolejna taka pani, Gita.
oraz ja, Carlas studiujący słownik indonezyjsko-polski i Jito.
Nasz dom styka się jedną ścianą z kampusem, więc do szkoły mamy dokładnie 10 sekund :) A tak wygląda nasza uczelnia od środka
I moje miejsce grania na zajęciach z gamelanu :)
Nasz nauczyciel, Pak Dedi zwany przez nas oczywiście Puff Daddy :) i Tamara z Agatą na "cymbałkach"
Mistrzu dużych garnków
Zuzka z Peterem na lewo a z tyłu przy gongach Igor, którego nie widać.
Bardziej wnikliwi obserwatorzy dostrzegą zapewne nową twarz w naszym zespole - to świeżo przybyły z Madagaskaru "Krój Julian" czyli Dama (to skrót, jego prawdziwego imienia nie sposób wymówić). Po dość trudnej dla niego aklimatyzacji i regularnie powtarzającej się chęci powrotu do ojczyzny ten mówiący wyłącznie po francusku kolega również wkrótce zamieszka w naszym domu.
W ostatnią sobotę wybraliśmy się z naszymi arabskimi przyjaciółmi do oddalonego godzinkę drogi od Bogoru Parku Narodowego obejrzeć jawajskie gibbony, które w końcu nie chciały nam się pokazać i jeden z wodospadów. Nawrzucam więcej fotek później - dodam tylko, że drugie zdjęcie poniżej zostało zatytułowane "piknik pod wiszącą skałą" - pożeraliśmy sobie obiad siedząc nad zawieszonym wysoko nad rzeką konarze :)
O jedzeniu zresztą mogłabym pisać godzinami - takiego bogactwa smaków nie da się opowiedzieć. Pilnie siedzę w kuchni podglądając jak się te cuda gotuje ale niestety nie będę mogła odtworzyć ich w domu - brakuje u nas praktycznie wszystkiego, od podstawowych składników po przyprawy. Przy okazji - rambutany z filmu z Julią Roberts to moje ulubione owoce, a ten wielki "kolczasty" to durian, który niesamowicie śmierdzi ale jest całkiem smaczny - tylko jego konsystencja jest jak na owoc dość trudna - taka raczej kremowa :)
Czy już wspominałam, że wypożyczyliśmy z Wiktorem motor do naszej dyspozycji aż do końca pobytu? :) Ja ujeżdżam sobie tylko lokalnie, małymi uliczkami, do domu naszych przyjaciół czy do Botani, uzbrojona w świeżo zakupiony, elegancki kask. Mój towarzysz natomiast znakomicie opanował całkowicie szalone zasady jazdy w normalnym ulicznym ruchu, za co jestem mu bardzo wdzięczna i częściej z przyjemnością zajmuję tylne siodełko. Nasz zasięg jest wiec niemal nieograniczony - odkryty basen, boisko do piłki, kościół, uliczne restauracje, sklepy i domy naszych przyjaciół oraz sala treningowa Silatu to stałe miejsca, które odwiedzamy. Poniżej zapis fotograficzny tego jak raz złapaliśmy gumę i razem z pomocnym Yashvim czekaliśmy na naprawę kółka. Nie martwcie się, mamy już całkiem nowa dętkę i świeżo scentrowane koło :)
Ostatnią nowością są właśnie treningi Silatu - to indonezyjska sztuka walki. Zapalił nas do tego Kelu, który uczy się go tutaj już kilka lat. Szkoda być w Indonezji i nie spróbować. Trenujemy jako członkowie, razem z Kelu, w prawdziwym klubie, dwa razy w tygodniu po 2,5 godziny. Zaczynamy od porządnej rozgrzewki, potem przewroty w każdą możliwą stronę ;) a na końcu podstawowe kroki, ciosy i ćwiczenia w parach. Silat ćwiczy się na drewnianej podłodze bez żadnych materaców. Można się na początku trochę poobijać ale jest super :D















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz